
Do 1992 roku w Kangerlussuaq znajdowała się baza Powietrznych Sił Stanów Zjednoczonych. Świadczy o tym sam układ budynków i spartańsko funkcjonalna architektura militarna. Mieszkamy w hoteliku wkomponowanym w rozbudowany hangar dawnego lotniska wojskowego, które do niedawna pełniło funkcję głównego portu lotniczego wyspy. Wbrew opinii upowszechnianej w mediach, rodowici Grenlandczycy, bardziej niż Amerykanów, obawiają się dziś nadejścia komunistycznych Chin sprzymierzonych z putinowską Rosją.
Autochtonów, czyli Inuitów, mieszka w osadzie nie więcej niż 400-500, co stanowi jednak niemałą liczbę, jeśli wziąć pod uwagę wszystkie zamieszkane na stałe osiedla i wioski na Wyspie.
***
Wprost z Kangerlussuaq udajemy się na trekking nad pobliskie Jezioro Tasersuatsiaq (Amerykanie nazwali je Ferguson Lake). Podziwiamy mnogość mchów i porostów, tworzących o tej porze roku wielobarwne mozaiki na wzgórzach i fiordach. Woda z jeziora służy do picia, a zatem nie wolno się w niej kąpać, czyli morsować. Wdychamy do zmęczonych miejskim smogiem płuc świeże, lecz mroźne arktyczne powietrze, na przemian omywani przez deszcz i osuszani podmuchami ostrego wiatru schyłkowego lata, który z czasem zacznie się tylko wzmagać. Gdzie okiem sięgnąć – nieogarniona przestrzeń. Wszędzie prastara, przedwieczna dzikość. Przyglądają się nam karibu, spod nóg uciekają pardwy górskie, a zające bielaki, przywdziawszy już śnieżnobiałą szatę zimową, długimi susami pomykają w załomy skalne, by nie paść ofiarą największego przedstawiciela sokołów z rodzaju Falco- białozora.
Na przysłowiowy deser naszym oczom ukazuje się zaś pan tej przestrzeni i tej dzikości. Król grenlandzkiej ziemi – piżmowół arktyczny. Kiedy dwa samce stają naprzeciw siebie i zderzają się głowami, wzniecając pył i ewokując tępy trzask, stajemy niemi z podziwu i cicho przełykamy ślinę.
W XIX wieku wybito ostatnie osobniki woła piżmowego na Alasce, w Kanadzie zaś i na Grenlandii, pradawnych ostojach tego symbolu tundry, liczebność populacji w XX wieku wisiała na włosku.
Ale przetrwał, a wilki i niedźwiedzie polarne rzadko dają mu radę.
***
Z roku na rok go ubywa. Z miesiąca na miesiąc. Ba! – z doby na dobę. Każdego dnia i nocy mizernieje o pięć centymetrów. Mathias z nostalgią w głosie mówi, że tu, gdzie stoimy, w sczerniałym śniegu i błocie, dwa miesiące temu wznosił się na wysokość półtora metra. Lądolód grenlandzki. Drugi co do wielkości po lądolodzie Antarktydy. Zajmujący 80% powierzchni tej największej niekontynentalnej wyspy świata. Gdyby się nagle roztopił, Grenlandia stała by się archipelagiem wysepek, a poziom mórz i oceanów wzniósłby się na Ziemi o około siedem metrów. Strach jest myśleć o przyszłości naszej planety.
Tymczasem starożytny płaszcz lądolodu rozciąga się na długość niemal dwóch i pół tysiąca kilometrów, a wznosi, przynajmniej miejscami, na wysokość trzech kilometrów. Lodowa pustynia nęci i wzywa, choć ani niedźwiedzia polarnego, ani piżmowoła arktycznego, ani renifera tundrowego tu nie zobaczymy. Jeno odcienie bieli, błękitu, malachitu i brązu. Julian Fałat – słynny akwarelista i malarz śniegu, tworzący w XIX i XX wieku – miałby tu pole do popisu.
Zakładamy raki, chwytamy kijki i – za parą naszych przewodników – pół-Grenlandką, studiującą biologię w Kanadzie, i Mathiasem, Duńczykiem, który pokazywał nam w drodze z Kangerlussuaq wraki rozbitych samolotów amerykańskich – wchodzimy na lodowy jęzor, który geograficznie przynależy do Ameryki Północnej. Ostrożnie trawersujemy, mijając śnieżne granie, polodowcowe strumyki i jeziorka. Mocno wczepiamy się w zlodowaciałą warstwę, bo każdy upadek grozi zranieniem – kryształowe krawędzie, jak sztyleciki z najostrzejszej stali, błyskawicznie przecinają naskórek palców i nadgarstków. Po dwóch godzinach marszu upadam po raz pierwszy, szukając najdogodniejszej pozycji do zrobienia pejzażowego zdjęcia. Groźniejszy będzie jednak upadek na burcie łodzi wśród pokrytych śniegiem fiordów. Wtedy, podpływając do EqiSermia, nasłuchiwać będziemy ogłuszającego łomotu i trzasku cielących się lodowców i wypatrywać wzbierającej fali po osuwających się do arktycznej topieli ścianach lodowych. I oto napłyniemy nagle na wpół zatopioną (ergo: niewidoczną) górkę lodową (skojarzenia z Tytanikiem są tyleż oczywiste, co przesadzone), nastąpi wstrząs, naszą łajbą rzuci i zatrzęsie, a ja spadnę, chwała Bogu!, na pokład. Mniej szczęścia będzie miała jedna z uczestniczek – bezpowrotnie topiąc swój komórkowy telefon w Morzu Batfina. „To furda! – powie – Ale utracone kontakty!”. A nade wszystko zdjęcia, jakie obok dawnej bazy wojsk amerykańskich zrobiła młodocianym, czarniawym, hasającym beztrosko lisom arktycznym.
***
Wędrując po fiordzie na obrzeżach Kangerlussuaq, dostrzegamy niewielkie fioletowe kwiaty. To wierzbówka kiprzyca, narodowy kwiat Wyspy, roślina ikoniczna, osiągająca tutaj zaledwie kilka centymetrów wysokości, podczas gdy w cieplejszej Europie, w sprzyjających warunkach tworzy łany wysokie na półtora metra. Inuici nazywają ją „Niviarsiaq”, co znaczy „mała dziewczynka”. I nadają tę nazwę – jako imię żeńskie – rodzącym się kobietkom, kultywując tożsamość własnej nacji, na przekór homogenizującym tendencjom kultury masowej.
***
Czerwony w białe kropki samolot AirGreenland, na którego pokładzie mieści się zaledwie dwadzieścia sześć osób, transportuje nas do Ilulissat, cudnie położonego miasteczka, którego nazwa w języku grenlandzkim oznacza „góry lodowe”.
To tutaj, jak okiem sięgnąć, rozpościera się dramatycznie surowy krajobraz fiordowo-lodowcowy.
To opodal miasteczka leży SermeqKujalleq – najszybciej przesuwający się lodowiec świata, który w ciągu doby pokonuje odległość około 20 metrów.
To również stąd – zimą, kiedy temperatura spada do -30°C – wyruszają psie zaprzęgi.
I to wreszcie w Ilulissat urodził się legendarny polarnik Knud Rasmussen, półkrwi Inuita (jego matką była Grenlandka, ojcem zaś duński misjonarz), który nie tylko eksplorował Arktykę, ale wpłynął na rozbudzenie i ukształtowanie się samoświadomości Inuitów.
- Nie zaglądajcie do okien – mówi Inuk. – Nie róbcie zdjęć mieszkańcom.
Inuici żyją tu od lat. Od setek lat. Nie lubią być nagabywani i podglądani.
- Zostawcie również ich psy w spokoju, bo jeśli któryś z nich was przypadkiem ugryzie, to wszystkie trzeba będzie potopić. A bez psów, bez psich zaprzęgów, ludzie nie wyjadą zimą poza osadę.
- W Oqaatsut mieszka czterdzieści kilka osób – kontynuuje Inuk.
- Ile dokładnie? – dopytuję.
- Nie wiadomo.
Mieszkańcy żyją głównie z rybołówstwa i polowań na foki. Jeśli do zatoki podpłynie wieloryb, oczywiście nie przepuszczają takiej okazji.
W Oqaatsut nie ma bieżącej wody (poza dość archaiczną przetwórnią), a także szkoły – siedmioro dzieci uczy się w budynku kościoła. Co niedziela „prawie ksiądz” („almostpriest”) odprawia nabożeństwo trwające blisko cztery godziny.
Pijemy wodę prosto z lodowca. Smakujemy suszonego halibuta. Żujemy wędzonego piżmowoła.
Wiatr jest tak silny, że nie mogę otworzyć drzwi od tawerny. Zaraz urwie mi głowę i potoczy ją hen po fiordzie – aż do lodowatego oceanu.
A kiedy w końcu wychodzimy, to czujemy, jak marzną nam odnóża i kłącza.
Kapitan daje całą wstecz. Hen za nami, na horyzoncie pojawiły się strzeliste i perliste fontanny wody. No i słychać śpiew. Najcudniejszą muzykę Oceanu Arktycznego – śpiew humbaków.
Ich rozmowy, szepty i krzyki potrafią się nieść przez dziesiątki, a nawet setki kilometrów, zwłaszcza jeśli podejmowane są przez kolejne osobniki. Pieśni te uwodzą nie na zatracenie, lecz na przygodę.
Kto ma zalążek męstwa w sercu, a krwinki Odysa w żyłach – niechaj płynie, niechaj rusza.
Navigare necesse est, vivere non est necesse!
„Bracia i siostry, każde z was jest Odyseuszem” – pisał owładnięty młodzieńczym szałem poetyckim Józef Wittlin.
Bjere, nasz grenladzki kapitan, to Inuita co się zowie – skośnooki, śniady i krępy. Nieco szorstki, zahartowany i hardy.
- Nasza łódź jest wywrotna – ostrzega. – Nie przechodźcie wszyscy na jedną burtę i nie wychylajcie się zanadto.
Jest też ona – wysoka i smukła, wyniosła i dumna Dunka o niegodnym siebie imieniu Pippi. Na naszej łajbie, powiem okrutnie, stanowi byt przygodny.
- Czy jest szansa, że humbaki wzniosą się pionowo w górę? Że pokażą nam okazałe paszcze? Że wyskoczą ponad taflę wody?
- To zdarza się bardzo rzadko, ja nigdy humbaków w pionie nie widziałam i nie sądzę, byśmy dziś takie spektakularne zjawisko przed oczyma mieli – odpowiada twardo.
Pippi to urodzona wyznawczyni prawa Murphy’ego i zwolenniczka globalnego fatalizmu.
Jednak kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy.
Może fortuna nam sprzyja, bo lustro wody ledwie się marszczy, żadnych oznak gniewu oceanu, Posejdon chyba drzemie, humbaki harcują. A wraz z nimi czy raczej w ślad za nimi w szał żerowania wpadają fulmary i mewy.
Wieloryby tworzą prądy i wiry, a ryby, uciekając przed kilkunastometrowymi monstrami pod i nad taflę wody, tworzą stół rozkoszy dla wypatrujących okazji ptaków morskich.
W zakupionej na Wyspach Owczych książce biolożki morskiej o waleniach czytam, że humbaki rzucają się na swoje ofiary szeroko rozwartymi pyskami, pochłaniając jednym haustem ogromne ilości drobnych ryb, zooplanktonu i wody. A potem ich wielki język wypycha wodę na zewnątrz, podczas gdy fiszbiny – niczym sito – odcedzają pokarm. Żerowanie metodą gwałtownego ataku jest idealne w przypadku pojedynczego humbaka, ale jeszcze bardziej skuteczne okazuje się podczas polowań grupowych, kiedy walenie, współpracując ze sobą, wypuszczają pęcherzyki powietrza. Każdy osobnik wnosi wtedy coś od siebie: jeden przeraźliwie skrzeczy, wywołując panikę u podwodnych stworzeń, drugi puszcza bańki tworzące prowizoryczną sieć, a pozostałe wieloryby naganiają ryby do niematerialnej sieci, używając swych obłych ciał.
„Wiele możemy się jeszcze od humbaków nauczyć” – konkluduje Eline van Aalderink.
Autorka mówi prawdę. Widzę to na własne oczy.
***
Ktoś krzyczy, że pojawiły się białe króliki. Że nagle wybiegły na tundrową murawę, czyli zaimprowizowane do piłki nożnej boisko.
Co ciekawe, futbol upowszechnił się na Wyspie wcześniej niż w Europie, aczkolwiek celem lokalnej odmiany tego najpopularniejszego obecnie sportu na świecie było wkopnięcie szmacianej piłki do morza.
***
Wstaję od suto zastawionego stołu, patrzę przez okno i przecieram wiecznie zapaćkane okulary ze zdumienia. Oczom nie wierzę. Wszak od dawien dawna nie stosuję żadnych środków psychoaktywnych, zmieniających świadomość. A złowione i spałaszowane na kolację ryby (dorsze i karmazyny smakowicie przyrządzone przez miejscowego kucharza), to nie zdradliwa ryba fugu, uwalniająca śmiercionośną neurotoksynę.
Nie ma mowy o zbiorowej halucynacji. A zatem są. Jak malowane.
- Jeszcze chwila i rozpocznie się mecz – mówi rozradowana Kasia.
- O! Jeden stanął na bramce – dodaje Aneta.
***
Co za wieczór. Stojąc na pokładzie kutra, wśród bezmiaru kier i gór lodowych, skrzących się na biało, złoto, pomarańczowo, różowo i niebiesko, wdychamy czyste i mroźne powietrze do najgłębszych zakamarków płuc. Z zachłannością i gorliwością wygłodzonych polarników łowimy ryby, wyciągając je z kilkudziesięciometrowych odmętów, ku niekłamanej zazdrości załogi – bo to właśnie nam udaje się złowić najbardziej okazałego, siedmiokilowego dorsza.
Jeszcze dwie godziny wcześniej przechadzaliśmy się starymi uliczkami kolonialnego portu w Nuuk, stolicy Grenlandii, która, choć zamieszkana w przeważającej mierze przez rdzennych Inuitów, coraz bardziej staje się miastem multi-kulti. Dobrze zaopatrzone sklepy, kawiarnie i restauracje, hala sportowa, nowoczesna szkoła i odrapany budynek przez nikogo niestrzeżonego parlamentu, w którym urzęduje zaledwie trzydziestu jeden posłów.
W galeriach sztuki można śledzić proces powstawania figur ze szkła i steatytu, rzadkiego minerału zwanego kamieniem mydlanym (albowiem jest miły w dotyku i miękki w obróbce). Od dziewczyny pięknej jak wschodzące nad lodowcami słońce kupuję artystycznie wykonaną pardwę z kamienia. Pytam, czy mogę jej zrobić zdjęcie. Oczywiście dziewczynie. Uśmiecha się na zgodę.
Nie ma dwóch jednakich spojrzeń w oczy, nie ma dwóch podobnych figur ze steatytu.
***
Odzienie z foczego futra oraz piżmowołowej i reniferowej wełny osiąga tu zawrotne ceny, ale ogrzewa zziębnięte i wysmagane wiatrem ciała jak nic innego na świecie.
Sami Grenlandczycy, przywykli od pramatek i praojców do łowiectwa i surowych warunków życia wyznaczanych przez nietopniejące śniegi, długie noce i ostry klimat polarny, źle znoszą blokowiska, kaloryfery, ciepłą bieżącą wodę i ciasną przestrzeń. Ze stolicy, podobnie jak z innych miasteczek, wiosek i osad na wyspie nie można wyjechać samochodem. Nie można też, ma się rozumieć, do nich wjechać, gdyż Grenlandia nie posiada lądowych dróg komunikacyjnych.
Depresje, alkoholizm i samobójstwa znaczą miejscowe domy z betonu. Nieoficjalne statystyki mówią, że około 10% młodych mężczyzn, nie osiągnąwszy dwudziestego roku życia, z powodzeniem targa się na własne życie.
***
W Greenland National Museum patrzymy na zmumifikowane zwłoki rdzennych mieszkańców. Świetnie zachowane, odziane w focze futra i skóry karibu podszyte puchem edredonów. Obok jednej z kobiet, prawdopodobnie matki, leży półtoraroczne dziecko. Wygląda jak porcelanowo-woskowa lalka. Znalezione w 1972 roku przez lokalnych myśliwych, a datowane na koniec europejskiego średniowiecza, ciała te, ze śladami plemiennych tatuaży, rytualnie pochowane, uległy naturalnej mumifikacji w klimacie arktycznym.
***
Łagodne wobec ludzi psy grenlandzkie, rasy pierwotnej, wilkowatej, bliskiej znanym u nas szpicom, są tak odporne i wytrzymałe, że całe życie spędzają poza domostwami – nawet wtedy, kiedy temperatura na zewnątrz dochodzi do minus 50°C. Jedzą, serwowane im wprawdzie nieczęsto, ryby i focze mięso. Jak żadne inne sprawdzają się w zaprzęgach. Teraz, podczas kończącego się grenlandzkiego lata, pozostają przykute łańcuchami do drewnianych bud. Pomieszczone grupowo na wzgórzach, jak w podmiejskich slumsach, wieczorami wyją.
Urodzony w mieście Inuita o imieniu Malik (czyli „morze”) zachęca mnie, żebym przyleciał tu zimą, kiedy stolicę spowiją dwa metry śniegu.
***
Jednak to nie były króliki, lecz arktyczne zające, czyli zające bielaki, które u progu jesieni przybierają już szatę zimową. W najlepsze skubały sobie soczystą trawę i mikroskopijne zioła. Pracująca sezonowo w knajpie Akisooq (czyli „łagodna”) jest zdziwiona. Mówi, że to się nie zdarzą, że, owszem, wybiegają czasem z zarośli, ale dopiero, kiedy zrobi się szaro.
Żyją przecież w wiecznej bojaźni przed myśliwymi i najczęściej uchodzą wysoko w góry. Teraz łowców skór, na szczęście, nie ma. Jest spokój.
***
Zatem: zające. Uspokojeni powrotem do rzeczywistości, dopijamy kawę na schodach knajpy, która zaraz się zamknie. Kontemplujemy ostatnie chwile kończącego się lata i oddalającego się wraz z nim dnia polarnego, po czym wskakujemy na kuter i żegnamy opustoszałą osadę Qooqqut.
W zapadających ciemnościach dobijamy na ostatni nocleg do portu w stolicy.
W Polsce jest trzecia w nocy, w Nuuk właśnie wybija północ.





