

Oto Henryk powołał się na słowa Me Gusto, który podczas pospiesznej jazdy drogą szutrową oświadczył, że musimy rychło dotrzeć do osady, bo po ciemku nie można jeździć.
Henryk skonstatował, że Europejczyk nigdy w pełni nie zrozumie Afrykańczyków i Afryki.
- Ale że co? Że się boją? Że nie jeżdżą i nie wychodzą w nocy z loggii i zagród, bo z zaułków wychyną duchy, pustynne zjawy lub mary z buszu? – zareagował ironicznie Jarosław.
W tym miejscu dodam, że obaj rozmówcy byli lekarzami z długoletnią praktyką, uznanymi specjalistami w swoich dziedzinach. Heniek był pediatrą, Jarek ginekologiem.
- Coś w tym jest – ciągnął Henryk. – Kilkakrotnie byłem świadkiem zjawisk, których nie można prosto i logicznie wytłumaczyć. Nie przekreślałbym obecności istot duchowych w tutejszym życiu. To nie jest rzeczywistość równoległa, tu przeszłość wnika w teraźniejszość w namacalny sposób.
- Czego Ty nie powiesz! Wszystko da się logicznie wyjaśnić – ripostował Jarosław. – Duchów nie ma!
I prawił dalej, że każdy skutek ma swoją przyczynę. Że w Afryce piaszczystych dróg w nocy przecież nie widać, a zwierzęta wychodzą wtedy na na żer – taka jest przecież nieubłagana, choć ukrywana, logika strachu.
- A maski? – ciągnął Henryk. – Widziałem różne sytuacje. Trzeba na targu pytać lokalsów, kto i na jaką okazję konkretną maskę wykonał, a nie kierować się samym upodobaniem estetycznym. Niektóre afrykańskie maski to potężne artefakty o głębokim znaczeniu religijnym i społecznym. Dla miejscowych stanowią medium – są narzędziem komunikacji ze światem duchów. I teraz: jak jakaś nieznana nam maska, pod wpływem impulsu czy kaprysu zostanie kupiona na straganie i nieopatrznie zawieszona w domu, to może sprowadzić na kogoś nieszczęście.
Cóż, było duszno, było gorąco. W knajpie migotało światło, w tle sączyła się namibijska muzyka. Przez okna wchodziły wije i skorpiony. Aż dwie godziny trwał pojedynek Heńka z Jarkiem na miny, gesty i słowa. Potem wspólnie, zabierając resztę towarzystwa i porywając miejscową obsługę restauracji, udali się na tańce łamańce. Ja z nimi wprawdzie ani miodu, ani wina nie piłem, a z tańców-łamańców po angielsku się uchyliłem, alem com przeżył i widział, wychodząc samotnie w noc ciemną, zapamiętałem.





