
Wiesiu opatruje mi rękę, która boli paskudnie – w Polsce okaże się, że złamana została kość promieniowa – zużywa w tym celu dwie kuchenne łyżki z miękkiego drewna, które fachowo przycina i szlifuje wojskowym nożem. Jako że dzień wcześniej mianował się głównodowodzącym szeroko zakrojonej akcji wydobywania naszego pickupa spod śniegu – zyskuje ksywę MacGyver. Pomagali nam Litwin i Białorusin, Norwegowie stali i patrzyli. Samochód się prawie rozpadł, ale prowadzona przez Białorusina Wanię koparka podsypała żwir i zdziałała cuda. Maska pickupa – wraz z reflektorami – podtrzymywana na sznurkach, trytytkach i linkach, uprzednio wgnieciona na skutek spotkania z reniferem, dała potem radę do ostatniego dnia naszej arktycznej przygody.
***
Głównym tutaj zajęciem jest odśnieżanie, a zawodem – odśnieżacz. Zatrudnienie przez osiem miesięcy w roku gwarantowane. Choćby dziś, kiedy lepiej nosa nie wyściubiać z chałupy, bo drogi pozostają nieprzejezdne, a kwiaty siarczystego mrozu zakwitające na szybach świadczą, że oblodzone nawierzchnie i surowy klimat za oknem nie tworzą najlepszego miejsca do życia dla człowieka. Ale przyjechaliśmy tu przecież fotografować. I następuje niemal archaiczny, patriarchalny podział ról – Julita parzy kawę, Wiesiu idzie na lisy polarne, a ja na zające bielaki.
Trawersuję z Ivanem przez pokryte śniegiem i lodem fiordy w regionie Kongsfjord. Tropimy zające polarne, które o tej porze roku mają jedynie czarne obrzeża długich uszu, reszty ich ciała w śniegu nie widać. Jeden właśnie zbiega z grani w stronę pionowej skały i krzaków, chroniąc się przed porywistym wiatrem i niosącym śmierć z góry sokołem.
W dolinkach brniemy w śniegu po kolana. Szukamy śladów. Nad nami roztacza się kremowa poświata.
Jednak lodowy wiatr zapędza nas do chat już przed wieczorem. Nad ranem rozpoczyna się zjawisko znane wspinaczom wysokogórskim: podmuchy zmrożonego śniegu z nieprawdopodobną siłą uderzają ukośnie z góry, z boku, a nawet z dołu. Potem – na chwilę – wszystko się uspokaja.
Wyjeżdżając z osady Kongdfjord, zatrzymujemy się w miejscu, gdzie wpadająca do morza rzeka tworzy przybrzeżne jezioro. Wszystko pokrywa śnieg, jednak siarczysty mróz przez ostatnie noce zelżał i w lodowej tafli pojawiły się pęknięcia i szczeliny. Przy jednej z nich majaczy owalny kształt.
– Nie schodź niżej! – krzyczy Phil. – Twoja sfatygowana ręka! Nie schodź poniżej linii krzaków. Śnieg się obsunie i zjedziesz wprost do przerębli – ostrzega.
Ale co ja widzę? On może? Cóż, że zdrowy i silny. Ja też chcę. Ja też pragnę mieć fotografię foki pospolitej polegującej sobie na lodzie. Tylko kobiety zostały w samochodzie. Jedną z nich jest Emily, pielęgniarka z zawodu i typowa angielska żona (żona Phila). Wyniosła, wybredna i lekko nadąsana. Przebiera w serwowanych posiłkach jak w ulęgałkach. "To nie, to nie, to też nie". Na mój widok załamuje ręce i kręci głową. Że nie pojechałem do szpitala? Ale przecież dziś droga na południe pozostaje nieprzejezdna. Co zatem robić? Pokracznie i nieporadnie czołgam się za Philem, oszczędzając, na ile się da, złamaną rękę.
***
Saamowie. Koczowniczy lud Północy, trudniący się kiedyś głównie myślistwem. Od zarania – jako jedyni, rdzenni, pierwotni – zasiedlali najmniej gościnne rejony Skandynawii i Syberii, rozbijając skórzane namioty na polarnej tundrze. Zaskakująco późno zostali schrystianizowani – niektórzy dopiero w XIX wieku. Ich dzisiejsi potomkowie, osiadli, w większości zmienili tryb życia i smukłe sylwetki na kontury obłe i mięsiste. Ale ślady dawnych praktyk i rytuałów przetrwały w ich myślach i surowości obejścia.
A gdy się pilnie wsłuchać, w ich słowach pobrzmiewa jeszcze echo prastarych wierzeń w dusze zwierząt, roślin, kamieni…
Kobieta w nieokreślonym wieku, u której kupuję ryty ręcznie wizerunek karibu na oszlifowanej kości zwierzęcia (przedmiot wygląda jak jaskiniowy artefakt), jest tak otyła i powściągliwa jak dziergająca na drutach rdzenna Inuitka z Przystanku Alaska (recepcjonistka doktora Fleischmana). Podobnie uparta i stanowcza. Charakterna kobieta. I tylko pergaminowa karnacja i niemal przezroczysty błękit tęczówek, jak u psów rasy husky, zdradzają jej rzeczywiste pochodzenie.
***
Jest taka wyspa na Morzu Barentsa, mała i bezludna, oblewana krystalicznie czystymi wodami, do której podwodne rafy utrudniają dostęp wszelkim jednostkom pływającym, a klify na lądzie wznoszą się miejscami kilkadziesiąt metrów w górę. Niekiedy widać z niej wieloryby, zwłaszcza humbaki, jak ukośnie lub pionowo wyskakują ponad wodę, czemu towarzyszą perliste fontanny.
Zaczarowany krajobraz, zaczarowana wyspa i jedno słowo: Hornøya.
Opustoszała latarnia morska na wzgórzu sygnalizowała przed laty drogę i umożliwiała marynarzom lawirowanie w sztormowej kipieli. Dziś już nieczynna, a jeszcze kilka lat temu stanowiła przystań ptasiarzy.
W 1983 roku utworzono tu rezerwat przyrody, który swym zasięgiem objął również Reinøyę, siostrzaną norweską wyspę, położoną opodal, większą, ale nacechowaną ubogością stanowisk lęgowych. Co innego Hornøya – gwar i smród odchodów, a nade wszystko cienie wzbijające się z lądu i oblatujące setkami i tysiącami pobliskie wody w poszukiwaniu ryb (tobiaszy, gromadników i śledzi) – dają o sobie znać dużo wcześniej, nim przybija się do brzegu.
To tu alki, nurzyki i kormorany czubate lądują często nie dalej niż metr od nóg miłośnika przyrody. Ale na wyspę pielgrzymuje się dla innego gatunku.
To puffiny, czyli maskonury, uświęcony cel pielgrzymek birdwatchersów z całego świata. Czym ten legendarny ptak morski, emblemat skalistych wybrzeży Północy, od wieków zdobywa serca obserwatorów? Po pierwsze, pociesznym wyglądem. Po drugie, złożonymi zachowaniami społecznymi. No i po trzecie, nietuzinkową inteligencją. Jego fluorescencyjny (żółto-pomarańczowo-szary) i mocno spłaszczony dziób świeci w ciemności i służy do namierzania ryb w oceanicznych odmętach. Jest także narzędziem komunikacji, umiejętnie wykorzystywanym podczas zalotów (tak, tak: noski-eskimoski!). Dziobem tym maskonur sięga również po gałązki, aby podrapać się po grzbiecie. Ten poziom inteligencji, pośród ptaków morskich, stwierdzono tylko u tego gatunku. Ale na tym nie koniec: maskonur precyzyjnie ląduje na klifie z jedną nogą wyciągniętą do przodu, by nie budzić wśród pobratymców popłochu i wrogich uczuć. A kiedy przechadza się wśród zajętych już stanowisk lęgowych, głowę pokornie skłania na piersi, informując, że agresja i skłonność do zwady nie leżą w jego naturze. Nie bez przyczyny jego naukowa nazwa łacińska (Fraterculaarctica) znaczy tyle, co „braciszek arktyczny”.
Zaraz, zaraz – przecież Hornøya nie okazała się dla nas przesadnie gościnna. Wprawdzie w niedzielę w czwartym tygodniu marca wypłynęliśmy z Vardo – które dziś ma duże znaczenie militarne, a w XVII stuleciu, kiedy Johannes Vermeer malował swe największe arcydzieła, tchnące ciszą i tajemnicą, w owej norweskiej osadzie rybackiej kolejne osoby posądzano o czary i palono je żywcem na stosie – ale na skutek silnego wiatru nie dobiliśmy wówczas do legendarnej ptasiej wyspy, a jedynie ją opłynęliśmy. Rzucało i bujało jak w wesołym miasteczku – najpierw góra-dół, potem lewo-prawo, a na końcu w przód i wspak. Z tym że Morze Barentsa podczas sztormowej pogody ma naprawdę zabójczy urok. Przed tygodniem o przybrzeżne skały wyspy rozbiła się przecież szalupa, którą próbowano przy wyspie zwodować i zacumować.
Póki co uskuteczniamy fotografowanie ekstremalne – na chybotliwym pokładzie, pośród kaskad słonej wody i zalewających nas fal o sztuce kompozycji nie może być mowy. W jednym kadrze na dziesięć udaje się uchwycić pożądany obiekt, w jednym na sto ów obiekt wydaje się wystarczająco ostry. Julita cierpi katusze nad foliowym workiem. Całą zzieleniałą wysadzamy ją w porcie. Potem pokaże nam piękne zdjęcia mew zrobione na redzie, gdy my tymczasem wracamy na morze. Nasz norweski kapitan o omszałych rudych wąsach i gabarytach prawdziwego Wikinga (trapery marki Viking ma na nogach) zarządza drugi rejs, który trwa jednak tylko pół godziny.
***
Następnego dnia od wczesnego rana czekamy w blokach startowych na okno pogodowe. Mija godzina za godziną. A my wytrwale czekamy. Wreszcie pojawia się zielone światło. Trudno opisać naszą ekscytację, gdy odpowiednio przyodziani truptamy w porcie. Ale co się dzieje? Oto kapitan schodzi z łajby i informuje, że nie wypłyniemy, bo za duże ryzyko. Zrozpaczeni są Hiszpanie, którzy przyjechali specjalnie tego dnia, by popłynąć na wyspę. Nie dają wiary Włosi, choć oni mają w zanadrzu manianę. W nas też nadzieja umiera ostatnia, bo obiecujemy sobie jeszcze jedno podejście, kiedy zatoczymy koło po fiordach i wrócimy z najdalszej norweskiej północy.
Wtedy, owszem, nam się uda. Żywioły się uspokoją, rejs pójdzie gładko, przycumujemy bezpiecznie. W moim przypadku nastąpi jednak inny rodzaj robienia zdjęć dzikiej przyrody – po fatalnym upadku na oblodzonym fiordzie – fotografowanie ekstremalne ze złamaną ręką.
***
Borysa, długowłosego i brodatego Litwina o ogorzałej od wiatru twarzy, mieszkającego przez ostatnie lata w Bułgarii, poznałem w Grecji w Parku Narodowym Jeziora Kerkini. Prawdziwy internacjonał, który bywał przewodnikiem wypraw foto, a zimą tego roku został rangerem, czyli strażnikiem przyrody na norweskiej wyspie Hornøya. Ten bezludny skrawek lądu, znaczony przez opuszczoną latarnię i strzeliste klify, stał się domem dla setek tysięcy ptaków. Każdy przybysz, gdy tylko jego noga postanie na tej ptasiej perle Morza Barentsa, jest stracony. Zostaje bowiem ugodzony strzałą Amora prosto w serce. I odtąd przynajmniej raz w roku zapragnie tu wracać.
Borys, którego zadaniem jest monitorowanie, z jednej strony, ptaków, a z drugiej, ludzkich zachowań ("Najbardziej niesforni są Hiszpanie i Włosi" – mówił mi podczas poprzedniej eskapady), każdego dnia, od poniedziałku do niedzieli przypływa na wyspę i spędza na niej po kilka godzin. Wymaga to nie lada stałości uczuć i wyrobionego charakteru, gdyż wiatry, śniegi i deszcze na Morzu Barentsa, zwłaszcza na przednówku, bywają upiorne. Niejaką monotonię upływających miesięcy wynagradzają same ptaki – tutejszych obserwacji powietrznych batalii, połowów ryb, zakładania gniazd i w ogóle życia społecznego w wielopiętrowej kolonii (z odchowem młodych na czele) nie można z niczym porównać.
Niestety, w najbliższych latach rezerwat, obejmujący również Reinøyę, ma zostać przez rząd norweski zamknięty...
W starym domku przy drewnianym kuchennym stole rozmawiamy z Julitą o filmach, literaturze i muzyce poważnej. Dlaczego Anora, błahy film z błahą fabułą, nie zasłużył na splendor i nagrody. I dlaczego zmysłowe, realistyczne i monodramatyczne wstawki Janusza Gajosa w Żółtym szaliku Morgensterna stanowią klasę samą dla siebie i zasługują na wszystkie Oscary świata. W czym konkurs skrzypcowy Wieniawskiego góruje nad konkursem pianistycznym Chopina. Jak podkręcają frazę Masłowska i Twardoch, a jaką metafizyką pióra posługiwali się Iwaszkiewicz i Miłosz. Przekomarzamy się na poły poważnie, na poły żartobliwie, a wszystko przed śniadaniem, kiedy za oknem śnieżyca i wzburzone Morze Barentsa. A po śniadaniu przyodziani w ujmujące humanistycznej godności kombinezony sztormowe, ostro pośmierdujące rybami, wypływamy z portu w Båtsfjord, by z niskodennej łodzi silnikowej fotografować edredony, nurniki, ostrygojady, lodówki, biegusy morskie i birginiaki. Zwłaszcza te ostatnie, kaczki morskie, zwane też kaczkami srokatymi, które są po prostu piękne, a dziś w skali globu narażone na wyginięcie. Miały być też turkany, ale ostatni z nich odleciał na północ dokładnie tydzień przed naszym przyjazdem. Nasz kapitan mówi, że to sprawka ocieplenia klimatu.
***
Wychodzimy z pickupa. Jak okiem sięgnąć rozpościera się śnieżno-lodowa pustynia. Hula porywisty wiatr. Biały pył osiada w kącikach oczu i ust, w nozdrzach i na skroniach. Opodal zrywa się do lotu stadko pardw górskich. Na tle fiordu majaczą sylwetki dzikich reniferów tundrowych. Widujemy je za kołem podbiegunowym regularnie – co piętnaście, dwadzieścia kilometrów. Jak ważną rolę zwierzęta te odegrały w życiu i kulturze Lapończyków i Samojedów – nie trzeba nikogo przekonywać. Ich mięso, chude i treściwe, bogate w żelazo i witaminę B12, uratowało niejedno pokolenie dawnych osadników. Teraz jest podstawą norweskich fast foodów.
Dzikie karibu nie mają łatwego życia – zimą obgryzają korę, zjadają też wydobyte spod śniegu mchy i porosty. Same pozostają łupem niedźwiedzi (polarnych i brunatnych), wilków i rosomaków.
Skracamy sobie drogę i przejeżdżamy przez zamarznięte jezioro. Na lodowej krze znów poleguje foka pospolita. Podpełzamy do niej, kładziemy się na bieluchnym jeziorze i fotografujemy do upojenia.
Wychodzi słońce, przestaje wiać, jest niemal sielsko. Na skałce przy przerębli przysiada pluszcz. Kryształki lodu pokrywają krawędzie delikatnego tropu pozostawionego przez zająca bielaka. Ślady wiodą hen za wzgórze. Nastaje zupełna cisza. Tej nocy, czystej i gwiaździstej, zobaczymy aurorę, czyli zorzę polarną. Świetliste i ruchome kształty o barwie fluorescencyjnej zieleni towarzyszyć nam jeszcze będą w powrotnej drodze do Kaamanen.






