niedziela, 11 stycznia 2026

To nie może się udać – czyli najbardziej mylący tytuł jednej z moich najlepszych wypraw


Poniższa relacja zdobyła I miejsce w I Konkursie na najlepszą relację z podróży z Klubem Podróży Horyzonty w 2025 r. Autorką relacji jest Pani Beata Kośmider, godło "Wicher".

Prognozy pogody: fatalne, ma lać. Towarzystwo: nieznane, jadę sama. Kondycja: nie jestem pewna czy wystarczająca na coś, co nosi nazwę Kotła Bałkańskiego. Na miejscu zbiórki w Krakowie oczywiście leje jak z cebra. Jakby tego było mało, gdzieś w drodze na południe kraju ginie nakrętka od przedniego koła mojego roweru. Wszyscy już spakowali sprzęt na przyczepę autokaru, a ja w strugach deszczu przekopuję samochód w poszukiwaniu cholernej nakrętki. Nagle głęboko rozcinam palec na jakimś ostrym elemencie. „To nie może się udać” — myślę, zupełnie nieświadoma, jak bardzo się mylę. W końcu znajduję zgubę. Wsiadam. Jedziemy.

Kolejne granice państw przekraczamy sprawnie. Nawet — jak mówi przewodnik — wyjątkowo szybko. Deszcz ustaje. Docieramy do pierwszego hotelu w Albanii. Zachwytu nie ma – środek miasta, dookoła kręci się sporo ludzi, nie ma jak ukryć rowerów. Chwilę później okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie obawiamy się tego miejsca. Właściciel hotelu to lokalna legenda — znana, otoczona szacunkiem. W tym świecie nasze rowery i my sami stajemy się gośćmi pod specjalną ochroną. Trzeba załatwić serwis? Zadzwoni. Załatwi. On tu rządzi.

Zdjęcia z rowerowej wycieczki po Albanii i Czarnogórze. fot. Wicher

Wstyd przyznać, ale o Albanii wiem niewiele — w zasadzie tylko to, że istnieje, ma piękne góry. I nie spodziewam się niczego, no może poza deszczem z prognoz. Tymczasem pierwszy przejazd wbija mnie w siodełko: jedziemy prosto w stronę gór majaczących w oddali. Widok jest tak oszałamiający, że zaczynam od cichego „łiiiiii”, które stopniowo przeradza się w głośny śmiech i okrzyki zachwytu. Dawno nic nie wyzwoliło we mnie takich emocji. A deszcz? Jaki deszcz? Pogoda robi się piękna i tak zostaje już do końca!

Nic podczas tej całej wyprawy nie zaskakuje mnie bardziej, niż stosunek Albańczyków do rowerzystów. Okej, mogę zrozumieć kierowcę, który zamiast trąbić, pokaże kciuk w górę. Mogę zrozumieć dzieci machające z samochodu. Ale żeby kierowcy zjeżdżali na pobocze, robiąc nam miejsce? Żeby klaskali, pozdrawiali serdecznie? Żeby rowerzysta spokojnie jechał ulicą, nie będąc spychanym na pobocze? Żeby miał przyzwolenie na jazdę rondem w lewo (nie popieram, ale widzieliśmy!)? Dla rowerzystów z Polski to czysta abstrakcja.

A rowerzyści w naszej grupie byli bardzo różni: zahartowani wyjadacze, amatorzy kolarstwa romantycznego, przypadkowi (albo wypadkowi) wyczynowcy… Jednak niespodziewanie zgodni, działający jak jeden organizm. Kto chciał — robił całość tras. Kto nie — brał tylko fragment. Najdzielniejsi dokładali sobie kolejne kilometry. Dało się to pogodzić doskonale, bez uszczerbku dla ogólnego dobra i wakacyjnego nastroju uczestników.

Osiołek - Zdjęcia z rowerowej wycieczki po Albanii i Czarnogórze. fot. Wicher

Znów wyruszyliśmy w góry, w których nawet jadąc w grupie, każdy zostaje sam na sam ze swoim oddechem i myślami. Skaliste ściany pnące się ku niebu, serpentyny wijące się jak powolne smoki, surowy, groźny krajobraz, który wciąga i każe umilknąć. Mijają nas tylko nieliczne samotne krowy i kozy, które wyglądają jakby pilnowały tej magicznej krainy. Na wiejskich postojach odnajdujemy niepozorne, drewniane kawiarenki i biegające luzem świnie. Jest inaczej. Nierealnie. Fantastycznie.

Przekraczamy granicę z Czarnogórą. Inny świat, w którym znika może serdeczność wobec rowerzystów, ale zaczynają się kolejne oszałamiające widoki. Kiedy zjeżdżamy do Czarnego Jeziora (Crno Jezoro) mam wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Nie ma tu prawie nikogo, poza kilkoma przesympatycznymi, acz nienachalnymi psiakami. Patrzą w stronę jeziora, słuchają, jakby coś pod nieruchomą taflą drzemało i miało za chwilę westchnąć. W tym jeziorze odbija się wszystko – niebo, góra i nasze myśli.

A potem — zmiana nastroju. Wjeżdżamy na Bokę Kotorską. Tu już jest szał: gdzieś leci dyskotekowa muzyka, kompletnie niepasująca, a jednak… może pasująca idealnie. Bo przecież to jedna wielka balanga dla moich oczu. Nie wiem gdzie patrzeć. Zachłystuję się przestrzenią, próbuję uchwycić ją na zdjęciach, ale „to nie może się udać”. Bo Boki Kotorskiej nie da się opisać ani sfotografować — trzeba ją zobaczyć. Zjazd do Kotoru daje czystą, dziecięcą frajdę i w pełni uzasadnia, dlaczego dodatkowe klocki hamulcowe znalazły się na liście rzeczy zalecanych do zabrania na wyjazd.

Podczas wyjazdu zmieniamy hotele. Ten ostatni szczególnie zapada mi w pamięć z powodu obfitych i różnorodnych śniadań, a także położenia – bezpośrednio nad czystą, rozległą plażą. Otoczenie jest tak kuszące, że niektórzy z nas postanawiają poświęcić jeden kolarski dzień na rzecz kąpieli, błogiego wypoczynku na leżakach i spacerów brzegiem kamienistej plaży. Przecież nie zawsze musimy gnać do przodu.

I kiedy wydaje się, że oczy się nasyciły, że dusza więcej zachwytu nie pomieści, a nogi więcej podjazdów nie dźwigną – na horyzoncie pojawia się on. Park Narodowy Durmitor. Podjazd nie należy do najłatwiejszych, dlatego część grupy zostaje bezpiecznie w przydrożnej chatce z herbatą. Pnę się dalej. To pierwszy raz, gdy jadąc w letniej odzieży i wakacyjnej aurze osiągam takie wysokości, że na poboczu pojawia się śnieg. Coraz więcej śniegu. Pomiędzy białymi czapami, tu i ówdzie wyłaniają się krokusy. Widok jest niesamowity. Nie wiem czy jechać, czy robić zdjęcia. Pod nosem mamroczę tylko jedno zaklęcie: wow. W końcu zdobywam przełęcz położoną na 1907 m n.p.m. Tu króluje zimny wiatr. Chwila triumfu nie jest więc zbyt długa, ale wystarczająca.

Z wyjazdu przywożę nie tylko zachwyty, zdjęcia i pamiątki, ale przede wszystkim ludzi. Jedni odwiedzają mnie niedługo po powrocie, kolejni przejazdem zatrzymują się na kawę. Jesteśmy z różnych stron Polski, a jednak wydaje się, że wszystko jest tu tak blisko w porównaniu z miejscami, które wspólnie odkrywaliśmy. Rozmawiamy, wracamy do tej podróży, zdajemy sobie relacje z kolejnych wojaży, ufając, że jeszcze spotkamy się na trasie. Kocioł Bałkański – to jednak może się udać.

Triumf  uczestniczki wyprawy rowerowej- fot.-Wicher

Autorka relacji i zdjęć: Beata Kośmider 

Zobacz wyjazdy omawiane na blogu:



Zobacz galerię:

Inne wpisy na blogu