
Wszystko to sprawia, że wycieczka na „górę bogów” to przeżycie nie tylko typowo turystyczne, ale i po części duchowe. To możliwość obcowania z naturą, ale i wyprawa w stronę „zasnutego mgłami horyzontu dziejów” (to sformułowanie zaczerpnąłem od prof. Aleksandra Krawczuka, wybitnego znawcy starożytności, i od lat wydaje mi się ono frazą najdoskonalej oddającą mój stosunek do przeszłości…). A przy tym – wspaniała górska wyprawa, na długo zapadająca w pamięć, może właśnie dlatego, że uruchamia nie tylko typowo „górskie” emocje.
Zanim zaczniemy naszą wycieczkę na szczyt Olimpu – drugi najwyższy wierzchołek na Bałkanach (po bułgarskiej Musali) – liczący 2917 m n.p.m. (niektórzy podają, że 2918 m, ale naprawdę, nie bądźmy wszyscy aptekarzami…), kilka słów o samej górze. Jeśli Olimp to góra-pomnik – to zaiste, idealnie się do tego nadająca. Jej monumentalność bowiem nie podlega żadnej dyskusji, a mimo, że pozbawiona alpejskiej spektakularności (zlodowacenia zostawiły tu po sobie nieliczne ślady) – potrafi być, ze względu na swoje „rozmiary” i warunki pogodowe sporym wyzwaniem, nawet dla zaprawionych w górskich „wyrypach” turystów.
Interesują Cię takie szczyty jak słynna święta góra w Grecji? Pojedź z nami na wyprawę Boskie wędrówki — w górach Grecji.
Olimp jest częścią rozległego systemu górskiego, który ogólnie nosi nazwę Hellenidów, i który ciągnie się od Północnej Macedonii, aż po półwysep Pelion. Przy czym masyw Olimpu jest dość zindywidualizowany – od sąsiednich pasm górskich oddzielają go głębokie doliny, które na licznych odcinkach przybierają charakter głębokich kanionów. Od północy jest to dolina rzeki Aliakmon (z macedońskiego nazywana swojsko Bystrzycą) , od południa natomiast – głęboki wąwóz Tempe, którym przepływa rzeka Pinios (ponoć tu właśnie kąpała się Afrodyta przed swoimi schadzkami z pięknym Adonisem…). Północe skrzydło tego masywu to łańcuch górski Pieria, sięgający 2180 m n.p.m., południowe zaś – to nieco niższy Mały Olimp. W środku, centralnie położony wznosi się „właściwy” masyw Olimpu. Na nim już teraz się skoncentrujemy.
Góry w Grecji czarują. Jest to niezwykle wyniosły region górski, sięgający niemalże trzech tysięcy metrów wysokości, a położony tylko (mówimy tu o Mytikasie – najwyższym szczycie masywu Olimpu) – zaledwie 18 km od wybrzeża Zatoki Termajskiej. To czyni Olimp jedną z najwyższych gór całej Europy, biorąc pod uwagę wysokość względną. Masyw ma dość złożoną topografię – w sumie na obszarze około 500 km kwadratowych wznosi się tu ponad 60 osobnych szczytów, z czego najwyższe tworzą wyraźnie zarysowaną grań, bardzo skalistą, i opadającą, zwłaszcza ku zachodowi, potężnymi przepaściami sięgającymi 500 metrów wysokości!
W tej najwyższej części Masywu Olimpu wyróżnia się kilka szczytów – idąc od południa – Skolio (2905m), Skala (2882 m), najwyższy Mytikas (2917 m), Stefani (2911) i nieco już niższe - Touba (2801 m) i Profitis Ilias (2788 m). Tworzą one wspaniałą scenerię skalnych ścian poprzetykanych żlebami, u stóp którego znajduje się Płaskowyż Muz (Muses Plateau), położony na wysokości około 2550 m). Od wschodu, od strony wybrzeża, podchodzi pod najwyższe szczyty dolina potoku Enipeas, która jest główną bramą wejściową w górne partie masywu. To właśnie ten rejon jest najbardziej spektakularny krajobrazowo, zachwycając swoim wysokogórskim charakterem, nie ustępującym pod względem różnorodności Alpom.
Masyw Olimpu to miejsce, gdzie bodaj w najlepszym stanie w całej Grecji (no może jeszcze wraz z niektórymi partiami gór Pindos na wschodzie) zachowała się przyroda. Jak na bałkańskie warunki są tu rozległe tereny naturalnych lasów, w niższych partiach głównie dębowych, a wyżej lasy bukowe, jodłowe i sosnowe. Górna granica lasu przebiega na wysokości około 2200 m n.p.m., wyżej dominują wspaniałe wysokogórskie hale, pełne kwiatów. W sumie w masywie Olimpu opisano około 1750 gatunków roślin, w tym 25 endemicznych (czyli rosnących tylko i wyłącznie właśnie tutaj), co stanowi około 25% wszystkich gatunków stwierdzonych w Grecji. Żeby zdać sobie sprawę z bogactwa florystycznego Olimpu, można odnieść to do flory Polski, która liczy w sumie około 3000 tys. taksonów…
Dużo uboższa jest fauna Olimpu, ale i ona potrafi zachwycić. Przede wszystkim szczytowe partie masywu są idealnym miejscem by spotkać się z kozicami, które są tu wyjątkowo mało płochliwe. Zwłaszcza okolice najwyżej położonego schroniska Giosos Apostolidis są często odwiedzane przez te przesympatyczne zwierzaki. W ostatnich latach w masywie coraz częściej obserwuje się niedźwiedzie i wilki, ale dotyczy to raczej zachodnich, zdecydowanie mniej intensywnie penetrowanych przez ludzi części masywu. Z ptaków można tu zobaczyć sępy, orły, myszołowy, różne gatunki sokołów, a prawdziwą ozdobą i rarytasem są występujące w najwyższych partiach bajecznie kolorowe pomurniki, które często przystają na rozgrzanej wapiennej skale, niczym ogromne motyle…
Na koniec tej ogólnej charakterystyki Olimpu jeszcze parę słów o klimacie i pogodzie tej góry, bo to ona najczęściej decyduje o powodzeniu i atrakcyjności wycieczki. A jest tu ona specyficzna, i często odbiega raczej od wyobrażeń, które większość turystów posiada na temat Grecji, która jest jednym z najbardziej górzystych krajów Europy. Podnóża Olimpu mają typowy klimat śródziemnomorski, w lecie gorący, w zimie łagodny, ale często wilgotny. Natomiast im wyżej, tym klimat robi się coraz ostrzejszy. Powyżej wysokości 2000 m, śnieg może zalegać od listopada do maja, a zimą opady potrafią być naprawdę intensywne. W żlebach, które czasami przekraczają szlaki prowadzące na szczyt śnieg może zalegać nawet do początków lipca (tak było na przykład w 2022 roku).
Inną, bardzo istotną cechą pogody na Olimpie, jest bardzo duża zmienność pogody w lecie, kiedy praktycznie każdego dnia, od wczesnego popołudnia wierzchołek Mytikasa jest otoczony szczelną zasłoną chmur, a popołudniowe burze z dość gwałtownymi wyładowaniami, mogą się w partiach szczytowych zdarzać nawet codziennie przez całe lato! W nocy temperatura nawet w środku lata, gdy nad morzem jest w dzień 35 stopni, a w nocy o dziesięć stopni mniej, w górnej części masywu może wynosić 2-8 stopni! Nie należy tego lekceważyć – to po prostu jest wysoka góra!
Moja dusza geografa została w pełni zaspokojona tym wstępem. Zajmijmy się już w końcu samą wędrówką na szczyt.
Na zdobycie Olimpu najlepiej przeznaczyć co najmniej dwa dni. Co prawda da się wejść na szczyt w ciągu jednego dnia, ale ma to dwie duże wady. Po pierwsze – nawet w najkrótszym wariancie jest to trasa zajmująca około 11-12 godzin i wymagająca pokonania przeszło 2 tys. metrów deniwelacji w górę i w dół. Po drugie – biorąc pod uwagę wspomniane gwałtowne zmiany pogody – istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, a czasami wręcz pewność, że znajdziemy się w partiach szczytowych masywu w okolicach południa, kiedy gromadzą się chmury i bardzo często zaczynają się opady i wyładowania atmosferyczne. W takiej sytuacji wierzchołek góry jest bardzo niebezpieczny – z kilku powodów. Same wyładowania są oczywiście najbardziej oczywistą sprawą. Ale do chodzi do tego jeszcze znaczna ilość spadających kamieni, które uruchamiają deszcze, a ponadto – w partii szczytowej Olimpu łatwo zabłądzić przy złej widoczności – nie ma tam bowiem ścieżek, tak jak rozumiemy to pojęcie z doświadczenia naszych Tatr chociażby, a tylko znaki malowane na skale. Poruszanie się w mgle w takich warunkach jest bardzo niebezpieczne i wymaga znakomitej znajomości terenu. Nie wspominam już o tym, że przepadną nam wtedy wspaniałe widoki…
Tak więc najlepiej przeznaczyć na wędrówkę dwa dni. Poranne wyjście z doliny potoku Enipeas, tak by w południowej porze znaleźć się w okolicach jednego ze schronisk, nocleg, a następnego dnia wczesnym porankiem wejście na Mytikas, po czym po południu powrót w dolinę. Dzięki temu mamy dużo większe szanse na wejście na szczyt w dobrych warunkach pogodowych, dodatkowo – wyruszając wczesnym rankiem z wysoko położonych schronisk, będziemy na szczycie jednymi z pierwszych – co zdecydowanie zmniejsza ryzyko spotkania się ze… spadającymi kamieniami, regularnie strącanymi przez turystów… Taka atrakcja…
W tym miejscu powiem coś, co może powinno się znaleźć na początku tego tekstu, ale dla uważnych i doświadczonych turystów jest to zauważalne już zapewne. Olimp to nie jest prosta góra! To znaczy – technicznie nie sprawia on większych kłopotów komuś, kto pochodził po Tatrach i ma Orlą Perć za sobą. Ale całokształt czynników – wielkość góry, zmienność pogody, trudności orientacyjne, kruchość skały, ekspozycja – powodują, że jest to szczyt dla doświadczonych turystów! Przy wejściu na Mytikas trzeba pokonać kilka odcinków eksponowanych, na szlaku nie ma zabezpieczeń (w 2024 toku był kilkumetrowy kawałek stalowej liny na jednym z progów…) Każdego roku dochodzi tu do kilku śmiertelnych wypadków, a przyczyną są głównie spadające kamienie. Dlatego warto mieć ze sobą kask!

Żeby nie brzmiało to tak apokaliptycznie – nawet jeśli nie zdecydujemy się na zdobycie samego Mytikasu, to wejście i nocleg (koniecznie!) w schronisku Giosos Apostolidis – najwyżej położonym schronisku na Bałkanach, zdobycie pobliskich, bardzo łatwych szczytów – Touba czy Profitis Ilijas, obcowanie z przyrodą i mitem góry – samo w sobie jest ogromnym przeżyciem i jedną z najwspanialszych tur górskich na Bałkanach. A to jest w zasięgu (prawie) każdego…
Wariantów wejść na Olimp z różnych stron jest ponad 10, opiszę tu jednak tylko jeden, ten najpopularniejszy i… chyba najpiękniejszy, na którym co prawda ruch turystyczny jest największy, ale i tak ma się on nijak, nawet w szczycie sezonu, to tego co wyprawia się na tatrzańskich szlakach. Ruszajmy zatem w góry!
Najlepiej wyruszyć z uroczyska Prionia (ok. 1080 m n.p.m.), gdzie dawniej stał tartak, a obecnie znajduje się spory parking, gdzie można bezpiecznie zostawić samochód, a także miła knajpka i punkt informacji Parku Narodowego. Istnieje on od 1937 roku i jest najstarszym w Grecji (a być w jakiejkolwiek konkurencji najstarszym w Grecji, to naprawdę poważna sprawa). Początkowy odcinek, zajmujący około 2,5-3 godz. doprowadzi nas lasami do schroniska Spilios Agapitos, leżącego na wysokości 2100 m n.p.m. Ten odcinek prowadzi głównie lasami – na początku wspaniałymi buczynami, gdzie na wapieniach spotkać też można ogromne jesiony, jawory i potężne jodły. Dalej już zaczynają się lasy sosnowe, a są to zupełnie inne sośniny niż te, które znamy z Polski… Pachnące żywicą,aromatyczne i usypiające, dające przy tym ochłodę w gorące dni… Szlak wznosi się zakosami, po czym przechodzi w długi, wznoszący się trawers, z którego po lewej stronie odsłaniają się pierwsze szczyty – to południowe ramię Olimpu, ze szczytami Metamorphosi i najwyższym w tym ramieniu szczytem Kalogeros (2701 m, co oznacza Mnich).
W końcu osiągamy suche łożysko potoku, którym woda płynie zazwyczaj tylko na wiosnę, kiedy topią się śniegi – z tego miejsca, patrząc w górę w prawo można zobaczyć poszarpaną grań w najwyższej partii masywu Olimpu – liczne turnie i charakterystyczne zakrzywione „nosy” dały nazwę najwyższemu wierzchołkowi. Jeśli ktoś bowiem myślał, że nazwa Mytikos bierze się od mitów – jest w błędzie. „Myti” po grecku to nos właśnie – chcąc nie chcąc wchodzimy więc na grecki Nosal… Tylko trochę wyższy. Z tego miejsca widać też przed nami, wśród wspaniałych drzew, schronisko Spilios Agapitos, nazywane też schroniskiem A. Na obszarze masywu Olimpu jest w tej chwili dziewięć schronisk, ale trzy mają wybitne znaczenie dla większości turystów: Spilios Agapitos właśnie, Giosos Apostolidis (najwyżej położone na Bałkanach i Christos Kakalos (nazwane na cześć greckiego przewodnika pierwszych zdobywców szczytu. Nikt normalny nie jest w stanie zapamiętać tych nazw, a już na pewno nie jest w stanie ich poprawnie wymówić, dlatego nadano im nazwy (kolejno) – Refuge A, B, C. Proste. I praktyczne. Jeszcze parę zakosów i stajemy na tarasie schroniska – bardzo skromnego i niewielkiego. Można tu jednak zakupić wodę, napoje i zjeść coś ciepłego. W razie niepogody – można się schronić w środku. No i oczywiście można stąd patrzeć na najwyższe, pięknie urzeźbione stoki Olimpu, z fantastycznymi zerwami szczytu Kalagia na wprost. Albo jeśli ktoś woli – patrzeć jak krzyżodzioby sosnowe obżerają się szyszkami…
Powyżej schroniska mamy do wyboru dwa szlaki dojściowe do schroniska Giosos Apostolidis. Można (jak czyni to zdecydowana większość turystów) pójść w stronę szczytu Skolio, a potem wspaniałym trawersem popod najwyższymi wierzchołkami dotrzeć do celu. Jednak proponuję tuż nad schroniskiem skręcić w prawo i powędrować przez uroczysko Kofti. Jest to wąska, oznakowana ścieżka, czasami ginąca wśród kamieni i blokowisk, lawirująca wśród wspaniałego lasu sosnowego – prawdziwy rarytas dla miłośników przyrody. Trzeba po drodze przekroczyć głęboki żleb, w którym (w zależności od roku) śnieg może utrzymywać się do początków lipca, a potem już trawersami, miejscami w lekkiej ekspozycji, przez skalne ostrogi dochodzimy do progu wielkiego kotła polodowcowego Gourna – stąd w całej okazałości ukazuje się nam już Stefani – Tron Zeusa, najbardziej charakterystyczny szczyt w całym masywie Olimpu, przypominający ogromną płetwę rekina. Stąd już, wśród kwiatów, dochodzimy do widocznego w górze nad nami schroniska.
Dysponując czasem i siłami (mamy w końcu już za sobą 1700 metrów podejścia!), warto się wybrać na pobliski wierzchołek Profitis Ilias – Święty Eljasz, co zajmuje około 20 minut od schroniska. Rozpościera się stąd wspaniała panorama na masyw Olimpu z najwyższymi szczytami, na dolinę Kazani – najpiękniejszy przykład pracy lodowca w całym masywie i na zachodnie ściany Stefani, Mytikos i Skolio, opadające ponad 500-metrowymi przepaściami ku zachodowi – tam właśnie znajdują się najtrudniejsze trasy wspinaczkowe na Olimpie. Na samym wierzchołku znajduje się niewielka, wciśnięta w skały kaplica poświęcona prorokowi. To właśnie tutaj, ponad Płaskowyżem Muz, w starożytnych czasach stał ołtarz ofiarny ku czci Zeusa, władcy Olimpu. Dalej ludzie już się nie zapuszczali… Tak o niej pisze w swojej znakomitej książce „Od Olimpu do Olimpji” (jest to relacja z podróży po Grecji w 1925 – wspaniała kopalnia ciekawostek i historii) Tadeusz Sinko: Jeśli w IV po Chr. na szczytach Olimpu i Athosu jacyś Hellenowie (tj. poganie) składali jeszcze komuś ofiary, to nie Zeusowi, ale temu bóstwu, które pod koniec świata starożytnego wchłonęło w siebie wszystkie inne bóstwa, Heliosowi. Chrześcijanie, szukając wśród swoich świętych kogoś, kto by jak Helios na ognistym rydwanie jeździł po niebie, znaleźli w Biblji proroka Eljasza, wziętego na takim rydwanie do nieba. A że w wymowie Iljos (Helios) nie różni się wiele od Iljasa (Helias), poświęcali szczyty gór Eljaszowi. Prawie każdy większy szczyt w Grecji ma jakąś kapliczkę św. Eljasza.
Noc w schronisku Giosos Apostolidis (B), najwyżej położonym na Bałkanach (2690 m n.p.m.) to prawdziwe przeżycie. Kiedy słońce czerwoną łuną zniknie już gdzieś ponad doliną Kazani i odległymi pasmami Pindosu, kiedy zgasną światła schroniska, a na zewnątrz zapanuje nieprzebrana ciemność, kiedy nieboskłon rozświetlą gwiazdy tak nieprzebranej liczby, gdy wśród cieni i konturów gór, słychać tylko muzykę wiatru, kiedy przestrzeń nocy obłapi nas swoimi miękkimi ramionami, a cisza, tak przenikliwa, że można usłyszeć własne myśli, otoczy nas szczelnie i bez reszty – wtedy można poczuć naprawdę to trudno uchwytne uczucie boskości tej góry…

Na szczyt Mytikasu warto wybrać się jak najwcześniej. Przy okazji załapiemy się jeszcze na wschód słońca, a przy odrobinie szczęścia ujrzymy jak złota kula słońca wyłania się z morza, a w oddali majaczy stożkowaty szczyt Athosu na Półwyspie Chalcydyckim… Wyruszając w drogę – nie zapomnijcie kasku! (można go wypożyczyć w schronisku, po wcześniejszej rezerwacji). Ruszamy w stronę północnej ściany Stefani, najpierw trawersem Touby, ku wyciętej w skale przełęczy Portes, a potem już wschodnimi stokami Tronu Zeusa, krocząc wygodną, niezwykle malowniczo poprowadzoną ścieżką po skalnej półce. Po przekroczeniu bocznego ramienia odsłania się już widok na najwyższe partie Olimpu. Na sam Mytikos prowadzą dwie drogi. Najpierw, po prawej mijamy płytki żleb Louki, którym prowadzi bardzo trudny, niezwykle stromy i kruchy szlak na wierzchołek. Ten wariant należy polecić tylko i wyłącznie najbardziej doświadczonym turystom. Louki jest miejscem, gdzie dochodzi do największej ilości wypadków w masywie Olimpu, a szlak nadaje się praktycznie tylko do podejścia. Można wybrać jednak (tą polecam) trochę dłuższą i mniej stromą drogę (ale też niełatwą!) szlakiem nazywanym Kakoskala – Złe Schody. Zaczyna się on kilkaset metrów dalej. Przez piarżyska i skalne progi, stromo wznosimy się ku przełęczy pomiędzy Skalą a Mytikosem, uważając na znaki. Tuż poniżej przełęczy napotykamy rozstaje szlaków – tu skręcamy w prawo.
Najpierw nikłą ścieżyną po wąziutkich półkach skalnych, utworzonych przez cienkie warstwy wapienia wędrujemy nieco w dół – po lewej odsłaniają się zerwy pięćsetmetrowych przepaści, przekraczamy emocjonujące przewężenie grzbietu i zaczynamy wspinać się charakterystycznym płytkim kuluarem. Skała tu krucha, miejsca mało, półeczki wąski, a szlak stromy. Cały czas do góry, dochodzimy w końcu do spiętrzenia skalnej turni, na którą wchodzimy. Jesteśmy na wierzchołku… Ale jeszcze nie Mytikasu. To tzw. Szczyt Zwycięstwa, nazwany tak przez pierwszych zdobywców – Szwajcarów: Daniela Baud-Bovy i Frederica Boissonas, których na szczyt wyprowadził Grek Christos Kakalos. Było to 2 sierpnia 1913 roku. Prawda, że strasznie późno, biorąc pod uwagę, co w tym czasie osiągnięto już w Alpach, czy choćby nawet w naszych Tatrach?
Jeszcze raz oddam głos Tadeuszowi Sinko, który wspaniale opisuje ostatni etap ataku szczytowego:
Ścieżka przemienia się w perć z drobnych piargów wapiennych. Obuwie nie dopisuje, podeszwy przywiązuje się sznurkami. Ostatecznie wspięli się na grzbiet i zobaczyli od wschodniej strony Olimpu przepaść, wzdłuż której mieli się posuwać naprzód. Niko i górale nie poszli dalej. Christos zdjął buty, Baud-Bovy odpiął linkę i śladami krwi z pokaleczonych nóg przewodnika kierował się we mgle w gorę. Boissonas wlókł za nim swój aparat fotograficzny. Zdejmować nie było co, bo mgła wszystko zasłaniała. Christos znikł we mgle. Nagle ozwało się z góry jego wołanie – Embros! Embros! (naprzód!) – potem okrzyk tryumfalny. Turyści pospieszyli w tym kierunku i za chwilę zobaczyli wśród chmur sylwetkę przewodnika. Byli na szczycie ostrego zęba zwisającego ku północy nad przepaścią. Nic wprawdzie w żadnej stronie nie widzieli z powodu mgły, ale mieli poczucie rekordu światowego. Tu przed nimi nie stanęła jeszcze żadna stopa ludzka. Dla zabezpieczenia pierwszeństwa piszą na swych wizytówkach datę wejścia na szczyt: 2 sierpnia 1913, 9 rano, i włożywszy bilety do butelki zabezpieczają ją kopczykiem z kamieni. Na pamiątkę niedawnego zwycięstwa Greków pod Sarantaporon nazwali zdobyty szczyt „Pic de la Victoire”. Boissonas rozwinął sztandar szwajcarski: krzyż biały na czerwonym tle, Baud-Bovy, korzystając z chwilowego przerzedzenia się mgły zrobił zdjęcie. Przy tej czynności omal go nie strącił zrywający się wiatr…
Ale co to? Z trzech piersi wydarł się okrzyk przerażenia. W dziurze mgły zobaczyli ponad głowami prostopadłą ścianę, oddzieloną od szczytu zwycięstwa głęboko szczeliną. Bez sznurów ani myśleć o jej przebyciu. Trzeba wracać z tą tylko pociechą, że szczęśliwszy turysta nie posądzi ich o oszustwo… Ale jak wracać? Czy Christos zmylił drogę powrotną? Skręca ku północy. Turyści za nim. Skała śliska, ale wiatr ustał, nawet słońce przypieka. Christos zatrzymał się przy stromej ścianie i woła: „w górę, tu szczyt”. Nadzieja uskrzydliła stopy turystom. Zostawiają pod skałą kodak i pną się zawzięcie. O godzinie 10.15 są na szczycie, tym razem najwyższym bezsprzecznie…

Z kronikarskiego obowiązku warto dodać tylko, że pierwszymi Polakami na szczycie Olimpu, byli najprawdopodobniej Olga i Zbigniew Korosadowiczowie, dopiero w… 1964 roku! Natomiast w 1971 roku na stokach Olimpu miał wypadek, w wyniku którego zmarł w Salonikach jeden z najwybitniejszych botaników polskich – Bogumił Pawłowski, jeden z najlepszych specjalistów w Europie od flory terenów górskich. Tak… A więc to jeszcze nie Mytikos, ale widać go już na wyciągnięcie ręki. Trzeba jednak pokonać chyba najtrudniejszy odcinek na całym podejściu – zejść w dół, po skałach (tu krótka lina), przez dwa skalne progi (konieczne użycie rąk, już bez zabezpieczeń, spora ekspozycja), a potem z małej przełączki wejść już po skałach spokojnie na szczyt…
Jesteśmy na Olimpie! Widok stąd niewiarygodnie piękny – góry, niziny, morze, trzy palce Chalkidiki, Pindos na zachodzie… Jakby bliżej nieba stąd zdecydowanie… W dół wracamy tą samą drogą, przez Kakoskalę. W kuluarze poniżej Szczytu Zwycięstwa, trzeba być naprawdę ostrożnym, skała jest tu wyjątkowo krucha. Po dojściu do wygodnego trawersu, kierujemy się w prawo – teraz czeka nas wspaniała wędrówka, u stóp Skali i Skolio, z widokami, łagodnie opadającym trawersem, z widokiem na dolinę Enipeas i morze w oddali. Kiedy przekroczymy kolejne boczne ramię, nieco stromiej w dół, zakosami, dochodzimy do rozstaju szlaków. Stąd, kierując się w dół, schodzimy, wśród hal, a potem pięknych lasów sosnowych (często tu spotkać można kozice!) do schroniska Spilios Agapitos (A). Tu już byliśmy… A stąd spokojnie wracamy do parkingu Prionia.
Tak, w skrócie (tak, tak, tak właśnie wyglądają moje skróty…), wygląda najprostsze wejście na szczyt Mytikosa, najwyższego punktu w Grecji. Oczywiście dróg wyjściowych i zejściowych jest dużo więcej, ale o nich… to może następnym razem! Do zobaczenia na
szlaku!
Autor tekstu: Paweł Klimek






